Znowu coś zmienili – cedzicie gniewnie, poprzedzając spostrzeżenie jakimś przekleństwem, kiedy trafiacie na kolejną nieoczekiwaną zagwozdkę w swojej rutynowej pracy z Facebookiem. Tak, Facebook ciągle coś zmienia, a to w swoim wyglądzie, a to w swoim algorytmie. Niektóre z tych modyfikacji są dla marketerów wyjątkowo korzystne, jak wprowadzenie ikon reakcji. Niektóre rodzą kontrowersje, jak nasilona filtracja i wybiórcza cenzura pewnych treści. Inne bywają prawdziwą solą w oku, jak usunięcie możliwości edycji linków graficznych zamieszczanych w postach.

Do niedawna, po wklejeniu na Facebooku linku tekstowego prowadzącego do zewnętrznej strony, mogliśmy swobodnie podmieniać obrazek ilustrujący linkowany tekst, jak również edytować treść nagłówka i opis odnośnika. Mogliśmy zamienić ją na kuszącego clickbaita lub po prostu coś silniej powiązanego z kontekstem naszego wpisu. Teraz obraz, tytuł i opis każdego linku zaciągane są z metadanych strony docelowej i niemożliwe do edycji w obrębie Facebooka. Ta zmiana, choć początkowo irytująca, ma jednak uzasadnienie, z którym trudno się nie zgodzić.

 

Mark Zuckerberg wielokrotnie powtarzał w swoich – niekiedy dość niepokojących - wywodach na konferencjach technologicznych, że chce być kimś znacznie więcej, niż najpotężniejszym biznesmenem z Doliny Krzemowej. Jego ambicje wybiegają daleko poza rankingi bogaczy „Forbesa”. Właściciel Facebooka powiedział wprost, że chce wpływać na życie każdego człowieka na Ziemi. Chce, jakżeby inaczej, zmienić świat na zawsze. W jego najbliższym otoczeniu pojawia się zresztą coraz więcej doradców politycznych, w tym osób, które pracowały przy kampaniach wyborczych Baracka Obamy, przez co mnożą się plotki o prezydenckich aspiracjach miliardera.

 
Mark Zuckerberg (businessinsider.com)

W świetle tych ambicji nie dziwi, że niekryjący swoich liberalnych poglądów Zuckerberg wziął sobie wreszcie do serca apele prasy, nasilone szczególnie między Brexitem a wyborem Donalda Trumpa na prezydenta. „Drogi Marku Zuckerbergu, spójrz prawdzie w oczy, jesteś największym wydawcą świata i masz takie same obowiązki jak inni wydawcy” - pisał na pierwszej stronie największy norweski dziennik „Aftenposten” jesienią minionego roku. Głównym tematem listu otwartego było usunięcie przez cenzorów Facebooka słynnego zdjęcia wojennego półnagich wietnamskich dzieci uciekających z wioski po zrzucie napalmu, które zamieścił na swoim profilu dziennikarz „Aftenposten” (jego konto zostało zablokowane). Tekst został przedrukowany przez największe gazety świata, między innymi „The Guardian”, a dyskusja rozszerzyła się szybko na cały mechanizm dystrybucji treści w największym medium społecznościowym. Wiele wpisów lub zdjęć znika z Facebooka z błahych powodów (jak użycie pojedynczych zakazanych słów) i bez uwzględnienia kontekstu, tymczasem poza zasięgiem radaru moderatorów plenią się treści rasistowskie, ksenofobiczne, homofobiczne i zwykłe kłamstwa prezentowane jako newsy.

Fake newsy odegrały szczególnie istotną rolę w trakcie amerykańskiej kampanii prezydenckiej. Choć Prezydent Trump uczynił z nich na Twitterze swoje ulubione zaklęcie odwracające uwagę od problemów, nie da się zaprzeczyć, że sam jest największym beneficjentem przemysłu dziennikarstwa picu. Setki tysięcy Amerykanów przeczytały na Facebooku i uwierzyły, że Hillary Clinton sprzedawała karabiny ISIS, że zamierza usunąć z kalendarzy Boże Narodzenie, a nawet, że nieoficjalnie poparła swojego rywala.

blog-3.png

Głównym źródłem takich fałszywek są prężnie działające serwisy dezinformacyjne podszywające się pod profesjonalne media. Te dziennikarskie atrapy, rozpleniane częściej przez boty niż ludzi, nierzadko powielane są przez politycznie zaangażowanych, a nieprofesjonalnych dziennikarzy. Bez żadnej weryfikacji, jedynie z gniewnym komentarzem.

Rozsądny użytkownik internetu powinien jednak wiedzieć, by czerpać wiadomości wyłącznie ze sprawdzonych źródeł, prawda? Dlatego siewcom fake newsów przydawał się właśnie mechanizm edycji linków. Kilka manipulacji w nagłówku, opisie, podmiana zdjęcia i można było udawać, że fikcyjna informacja dotycząca zamachu terrorystycznego, agresywnej wypowiedzi któregoś polityka, ujawnionych „szokujących faktów”, pochodzi z „Washington Post” lub CNN. Oczywiście, takie kłamstwo miało bardzo krótkie nogi, bo wystarczyło przejść do artykułu, żeby je obnażyć. Ale teraz pomyślcie, jak często sami czytacie artykuły prasowe do końca, a jak często ograniczacie się do przyswojenia tytułu i lidu. A teraz zastanówcie się, jak to wygląda u osób z prawdziwą awersją do czytania długich tekstów, którzy też mają prawo głosu. No właśnie.

Z dezinformacją Facebook zamierza walczyć przy pomocy testowanego właśnie mechanizmu „Related Articles”. Pod niektórymi tekstami w naszym feedzie będą pojawiać się linki do powiązanych tematycznie artykułów na zewnętrznych stronach. Celem jest rozszerzenie perspektywy użytkownika. Część tych odnośników będą stanowiły teksty instytucji wyspecjalizowanych w rzetelnym sprawdzaniu faktów, takich jak Snopes (snopes.com) czy PolitiFact. Algorytm Facebooka odpowiedzialny za wyświetlanie treści też ma być stopniowo uwrażliwiany na wykrywanie i „zakopywanie” ewidentnych fałszywek.

Kwestię manipulacji nagłówkami i zdjęciami w linkach do rzetelnych stron rozwiązano właśnie przez blokadę możliwości ich edycji. Nadal możemy jednak bez problemu edytować treści linków kierujących do naszej własnej witryny. Tyle, że z poziomu naszego CMS-a, a nie Facebooka. Wystarczy do tego odpowiednia wtyczka SEO.

SEO Yoast umożliwia na przykład, oprócz prostego tworzenia meta-tytułów i meta-opisów na potrzeby wyszukiwarki, również pisanie oddzielnych nagłówków i opisów (oraz dodawanie oddzielnych obrazków) dla linków w mediach społecznościowych – Facebooka i Twittera. Swoją kreatywność w opisywaniu linków do stron nienależących do nas musimy jednak zachować w granicach treści posta.